Tribes – „Baby”
Aneta Kasprzak5 lutego 2012
Trochę jak Razorlight, trochę jak zagubiony amerykański boysband o dużych ambicjach, a w rzeczywistości brytyjskie Tribes. Zane Lowe z BBC Radio 1 pokusił się nawet o stwierdzenie, że piosenka „We Were Children”, będąca pierwszym singlem z debiutanckiego albumu Brytyjczyków, to „najgorętszy utwór na świecie”. Coś zatem musi być w tym projekcie.
A zaczęło się dość niepozornie. W kwietniu 2011 Tribes wypuścili EPkę zatytułowaną „We Were Children”. Później pojawił się teledysk do tytułowej piosenki nakręcony w londyńskim Camden Town. Latem 2011 bywalcy koncertowi mogli zobaczyć na żywo Tribes na wielu festiwalach na wyspach m.in. Underage Festival czy Field Day Festival w Londynie ale również na Summer Sonic Festival w Tokio. Jesienią natomiast zespół dzielnie supportował The Kooks czy Kaiser Chiefs. Dopełnieniem tych wszystkich występków jest debiutancki album „Baby”, który światło dzienne ujrzał 16 stycznia tego roku.
Po pierwszym odsłuchu „Baby” nie mogłam się przełamać i zrozumieć w czym tkwi fenomen, nad którym zachwyca się znakomita większość fanów brytyjskiego indie rocka. Odłożyłam więc płytę na później i sięgnęłam po nią tydzień później. Tym razem z zupełnie innym nastawieniem, a raczej bez konkretnych oczekiwań. Okazało się, że chociaż słucham tego samego materiału, to wywiera na mnie wrażenia odwrotnie proporcjonalne w porównaniu do pierwszego odsłuchu.
„Baby” to album bardzo silnie zakorzeniony w energicznym gitarowym popie. Tribes poruszają, bujają, zmuszają do skakania (chociażby przejawiającego się dygotem duszy). Wbrew pozorom jest to płyta bardzo dojrzała, ale również bardzo rozbrykana. Ponad czterdziestominutowe harce rozpoczyna niedbały skrzeczący wokal Johnnego Lloyda, a później jet już tylko zabawa z delikatnymi melodiami i garażowym pazurem. Po „Whenever” zaserwowano słuchaczowi powrót do pacholęcych pod wezwaniem „We Were Children”. Mknąc dalej odnieść można uczucie radości przemieszanej z nutką wspomnień. Grzeczne, wpadające w ucho melodie po prostu spełniają swoją rolę i się podobają. Na „Baby” zagościły co prawda także spokojne momenty w postaci „Half Way Home” , „Alone or with Friends” czy „Nightdriving”, lecz Tribes w sposób subtelny nawet w tych piosenkach umie przemycić mocne i odważne gitarowe brzmienie.
Jak śpiewa Johnny Lloyd w refrenie „We Were Chlidren”, „byliśmy dziećmi w połowie lat dziewięćdziesiątych” i chyba do tego grona słuchaczy najbardziej przemówi „Baby”. Tribes zrobili kawał dobrej roboty. Przypominają, że muzyka gitarowa nadal funkcjonuje. Powrócili do epoki chwały brytyjskiego rocka. To głos młodzieży, nie przeżuty i zużyty, ale brzmiący. To Tribes, potrafiący wrócić do klimatu, który wydawałoby się został już dawno pogrzebany.








