The Black Keys (Berlin, 28.01.2012)
Weronika Makowska31 stycznia 2012
W ciągu ostatnich dwóch lat, pomiędzy wydaniem „Brothers” i „El Camino”, Black Keys stali się zespołem, który wskoczył na zupełnie inny poziom. Stali się supergrupą wypełniającą stadiony i bardzo dobrze odnajdują się w tej nowej roli.
Arena w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg to miejsce, jak na razie niestety poza zasięgiem polskich warunków. Co z zewnątrz wygląda na opuszczoną fabrykę, wewnątrz jest tak naprawdę nowoczesnym miejscem imponujących rozmiarów, będącym w stanie pomieścić wielotysięczną publiczność. Surowy klimat Areny daje idealne warunki do organizacji rockowych koncertów na dużą skalę.
Po walce z pierwszym śniegiem w stolicy, publiczność miał rozgrzać zespół Portugal. The Man. Zespół, znany bardzo dobrze berlińskiej publiczności, wywoływał spore emocje. Wydawało się wręcz, że niektórzy przyszli na koncert by posłuchać właśnie ich.
Jednak Portugal. The Man, mimo iż ma w sobie dużo uroku, nie dał rady udźwignąć ogromu miejsca, w którym przyszło im wystąpić. Pozornie na scenie robili dużo zamieszania grając w pięcioosobowym składzie i przy wsparciu dwóch perkusji (z czego jedna elektryczna), jednak w ich muzyce nie było ognia. Ciężko było wydobyć coś z utworów, które zdawały się stworzone do bardziej kameralnych koncertów. Zespół, jako support, musiał też zadowolić się gorszym nagłośnieniem, co nie wpłynęło na korzyść ich muzyki. Utwory rozpływały się jeden po drugim bez wyraźnej melodii, która mogłaby zostać w głowie. Na pewno elementem, który przyciągał uwagę był bee geesowski zaśpiew wokalisty o zaskakująco wysokim tonie głosu.
Gdy Portugal. The Man skończyli grać, na scenę wkroczyli mężczyźni w garniturach, by przygotować scenę dla Black Keys. Od tego momentu aż do końca koncertu widać było dopracowanie każdego, nawet najmniejszego szczegółu. Od eleganckiego image’u technicznych, poprzez oświetlenie aż do kształtu każdego utworu.
Weszli na scenę zdecydowanie, przy dźwiękach Howlin’ For You. Nie zwalniając tempa, zagrali następny utwór z Brothers – Next Girl, a kolejne nagrania podkręcały tylko coraz bardziej publiczność. Widac było, że na tegoroczną trasę zebrali wszystkie najbardziej taneczne i melodyjne utwory ze swoich płyt.
Dzięki temu koncertowi uświadomiłam sobie również jaki był cel nagrywania tak oddalonej od bluesa płyty, jaką była „El Camino”, a mianowicie: muzyka bluesowa nie wypełnia stadionów.
Dwoma ostatnimi płytami Black Keys zyskali sobie wystarczającą ilość nowych fanów, dzięki którym mogą grać dla ogromnej publiczności na całym świecie.
Mimo to, niektóre utwory z „El Camino”, jak Money Maker, czy Sister wypadały blado na tle straszych, lecz cięższych w brzmieniu kwałków (Strange Times, Your Touch). Oczywiście, gdyby mieli nadal piłować chropowatego bluesa, graliby wciąż trasy po undergroundowych klubach, podczas gdy przejście na masowy poziom ma też swoje zalety. Szczególnie, że ich muzyka i przekaz nie straciły na autentyczności.
Po tym jak zagrali przkrojowo wszystkie mocniejsze kawałki ze starszych, uspokoili atmosferę nastrojowym Little Black Submarines. Utwór podzielony na dwie części na żywo robi jeszcze większe wrażenie.
Jednak największe uderzenie przygotowali na bisy. Kiedy zaczęli grać Everlasting Light, za ich plecami pojawiłą się kula dyskotekowa ogromnych rozmiarów, która rozświetliła całą Arenę. Brzmi kiczowato, ale robi wrażenie.
Nigdy jeszcze nie widziałąm koncertu, który byłby przygotowany z tak ogromnym rozmachem i dbałością o każdy szczegół, bez ujmy dla muzyki. Wręcz przeciwnie, Black Keys są w świetniej formie, a na dodatek udaje im się pogodzić dwie różne publiczności: sceptyków zbyt miękkiego brzmienia „El Camino” oraz nowych fanów, których zyskali sobie właśnie dzięki tym utworom.
A może jeszcze jeden?
- Manic Street Preachers będą grać Pomimo zapowiedzianej przerwy w działalności, grupa Manic Street Preachers zamierza występować w 2012 roku. Zespół będzie koncertować, choć w mniejszym wymiarze i raczej poza Wielką...
- The Black Keys „El Camino” Na nowej płycie Black Keys dokonali tego, co przydarzyło się wielu kultowym zespołom: sprzedali się. Ale za to w wielkim stylu. El Camino może podzielić słuchaczy. Fani...
- Jack White & Black Milk, czyli nowe oblicze hip-hopu Jack White nigdy nie stronił od współpracy. Monarcha rocka postanowił wkroczyć na nowe połacie muzycznego świata, a mianowicie hip hopu. Dogadał się on z Black...








