20 najlepszych płyt 2011
Aneta Kasprzak23 grudnia 2011
20. Looptroop Rockers – Professional Dreamers
Maciej Blatkiewicz: Kapitalny powrót Szwedów po 3 latach nieobecności. W klasycznym składzie, wraz z Cosmiciem, który opuścił zespół na poprzedniej płycie. I z jednej strony na „Professional Dreamers” wiele jest z „Good Things”, z drugiej – chyba jeszcze więcej z klasycznego „The Struggle Continues”. Społecznie ważkie problemy i śpiewane refreny, bragga i samplowanie Super Mario Bros., muzyka jako sprawa życia i śmierci oraz klimat paryskich knajp. Mieszanka melodyjnych, wpadających w ucho numerów, gęstych rymów i czołówka europejskiego beatmakingu, Embee, robiący istne cuda na kiju. Słowem: cały Looptroop. Looptroop w najwyższej formie. Wikingowie wcale nie czują gorzej hip-hopu niż Afroamerykanie!
Aneta Kasprzak: The Horrors wiele odsłon mają i „Skying” jest tego żywym dowodem. Na swoim trzecim albumie studyjnym Anglicy zachwycają spokojem i dojrzałością. Jest to płyta skrywająca w sobie mroczne, poetyckie tajemnice, co niekoniecznie idzie w parze z przebojowością i tysiącami rozochoconych fanek na koncertach. Utwory ze „Skying” nie są łatwe w odbiorze, ale są drogowskazem i podpowiedzią co zrobić, żeby poczuć radość. The Horrors zaprezentowali album, który ma szansę zaistnieć nie tylko na liście tegorocznych podsumowań, ale również wśród najlepszych albumów tej dekady.
Tomasz Lewgowd: W tym roku metalowa scena muzyczna nie zaoferowała nam wiele, ale za to dostaliśmy kilka mocnych petard od gigantów w swoich gatunkach. Między innymi nowy album Sepultury, czy Iced Earth. Zarówno Kairos jak i Dystopia to świetne wydawnictwa, jednak ja najbardziej oczekiwałem powrotu legendy trashu (Slayer? Pfff) i oto przyszli i rozgromili konkurencję. Dziesiąty, więc właściwie jubileuszowy krążek Anthrax to smaczek jakich mało. Powrót do korzeni, w tym powrót legendarnego głosu Joeya Belladonna. I chociaż już zdążyłem przyzwyczaić się do charakterystycznego wokalu Johna Busha, w końcu już od ośmiu lat słuchałem go na We’ve Come For You All, to jestem szczęśliwy, że stało się jak się stało. Anthrax ożył, pokazał pazur i tylko umocnił swoją pozycję na trash metalowej scenie. Obyśmy tylko nie musieli znowu czekać tyle lat na kolejny album gigantów.
Marcelina Siess: Mój osobisty faworyt zeszłego roku, który utwierdził mnie w swoim wyborze podczas warszawskiego koncertu w Palladium. Fin Greenall, nagrywający dla niemal legendarnej wytwórni Ninja Tune, choć jego muzyka, w przeciwieństwie do innych artystów z tej londyńskiej wytwórni, nie stawia na mieszankę hip-hopu z elektroniką ,jazz czy mroczne downtempo. Jest to dość proste, wrażliwe, niezwykle spójne i bardzo dopracowane połączenie bluesa z folkiem, które sprawia, że piąty album Finka jest zwyczajnie piękny i hipnotyzujący.
16. PJ Harvey – Let England Shake
Weronika Makowska: Jedna z bardziej oryginalnych płyt tego roku. Minimalistyczne, gitarowe podkłady pozwalają głosowi Harvey wybić się w pełni i zaistnieć na pierwszym planie. Nie brak tu przy tym elementów eksperymentalnych. Wiele utworów opartych jest na dźwiękach autoharfy („The Words that Maketh Murder”), a w piosence „The Glorious Land” użyto fragmentów marsza wojennego. Tematy poruszane przez Harvey są tak samo odważne jak muzyka, którą tworzy. Nie boi się mówić otwarcie o wojnie w Iraku, czy Afganistanie. Artystka przyznaje również, że teksty powstały przed muzyką, a podczas ich tworzenia czytała poezje T.S. Eliota, czy Harolda Pintera. PJ Harvey udowadnia po raz kolejny, że jest jedyna w swoim rodzaju.
Tomasz Lewgowd: Chwaliłem u nas już raz ten zespół i album. Oczywiście od tamtego czasu jeśli moje odczucia co do nich zmieniły się, to oczywiście tylko na lepsze. Wokal Katarzyny Staszko nie przestał mnie hipnotyzować, a gitary nie przestały kojarzyć mi się z pięknem garażowego, amerykańskiego grania i roadtripem po teksańskich barach. Więc moim skromnym zdaniem jest to najlepszy polski płytowy debiut tego roku, spokojnie dający sobie radę w porównaniach z muzyką z wysp, czy zza oceanu. Co zresztą odzwierciedla pojawienie się The Lollipops w naszym małym zestawieniu. Oby tak trzymali i nie skończyli na laurach. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji przesłuchać „Hold!” to już wie co powinien nadrobić do Nowego Roku, albo sprezentować sobie na gwiazdkę, jeśli ktoś bez prezentu jeszcze się uchował.
14. Łona i Webber – Cztery i pół
Maciej Blatkiewicz: Szczeciński duet znów zachwycił. Łona jest jednym z niewielu polskich MCs, których można postawić w jednym szeregu z Kazikiem, Muńkiem, czy Nosowską. Jego teksty w końcu wylądują w szkolnych podręcznikach. Wierzę w to. Socjologiczne komentarze Łonsona dorównują trafnym obserwacjom Staszewskiego z połowy lat 90. W jednym kawałku potrafi scharakteryzować starszą część naszego społeczeństwa i skrytykować Pocztę Polską, by w następnym wytknąć głupotę kelnerów i celebrytów, stan szczecińskiej komunikacji tramwajowej oraz zidiociałych kierowców, równocześnie świadomie popełniając masę błędów językowych. To najlepiej puentujący rzeczywistość raper w kraju, który w dodatku dograł się z jednym z najbardziej utalentowanych, polskich producentów. I to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy?
13. Jamie Woon – Mirrorwriting
Marcelina Siess: Styl muzyczny Woona to niezwykle zbalansowane połączenie R&B, popu i soulu wzbogacone o liczne sample oraz dźwięki gitary, jednak największym atutem Jamiego jest jego krystalicznie czysty wokal. W wieku 28 lat ma już na swoim koncie współpracę z samym Burialem, a sam album jest typowany na jedną z najlepszych płyt roku, która trafia zarówno do wielbicieli awangardowych pomysłów, jak i miłośników perfekcyjnie wyprodukowanej muzyki balansującej między gatunkiem pop a elektronicznym.
Weronika Makowska: Mam wrażenie, że tegoroczna płyta Feist została trochę pominięta. Owszem, można znaleźć dużo pochlebnych opinii na temat „Metals”, ale szumu nie było. To pewnie dlatego, że jest to muzyka, której należy słuchać w skupieniu, by uchwycić wszystkie niuanse znajdujące się w poszczególnych utworach. Dopiero, gdy zanurzymy się w muzyce Feist, wszystkie elementy zlewają się w harmonijną całość, która zaskakuje i ponosi. Ideałem byłoby słuchanie tej płyty gdzieś na wsi, w domu z widokiem na góry i jeziora, ale oczywiście nie wszyscy mamy do tego możliwości.
Marcelina Siess: Tom po raz kolejny udowadnia, że nie trzeba nadążać za trendami i można zwyczajnie od lat ‘robić swoje’, czyli nagrywać muzykę, która łączy obłędny blues z folkiem i jazzem. Pierwsza płyta wydana od siedmiu, długich lat,o której sukcesie świadczy fakt, iż zadebiutowała od razu na siódmej pozycji listy ‘Billboard’u', sprzedając się już w pierwszym tygodniu 70 tys. egzemplarzy. Ponadczasowa, archaiczna, niezmienna i piękna- tak w paru słowach można opisać najnowsze wydawnictwo Waits’a.
Maciej Blatkiewicz: Trudno w to uwierzyć, ale Nosowska jeszcze bardziej rozwinęła skrzydła. Jej liryczna strona już dawno temu pozostawiła w dalekim tyle resztę polskich songwriterów. Różnica jest taka, że na „8” Kasia jest jakby bardziej pozytywna i pewniejsza siebie. W jej tekstach można odnaleźć coś więcej niż pięknie napisane smęty (mianowicie: nutkę optymizmu). Mało tego, Nosowska postawiła na minimalistyczne tło muzyczne, co z kolei pociągnęło za sobą wyeksponowanie wokalu. I było to doskonałe posunięcie. Choć świadoma swego talentu, artystka dalej pozostaje jednak trochę nieśmiałą i tajemniczą celebrytką (tfu, wypluj!). Wprawdzie dalej możemy bezskutecznie pytać „Kto tam? Kto jest w środku?”, to wiemy co czyha tuż za rogiem. Czyha Fryderyk. Dla Kasi.
9. Grouplove – Never Trust A Happy Song
Aneta Kasprzak: O pokładach nieufności drzemiącej w każdym człowieku można by pisać poświeci. O radosnych piosenkach także można wiele powiedzieć. Natomiast o zaufaniu do optymistycznej muzyki zdecydowanie najlepiej informuje Grouplove. Pamiętam jak popadłam w wielką miłość do pierwszego singla „Colours” i następnie w bólach oczekiwałam na pojawienie się debiutanckiego albumu tego zespołu. Gdy już się pojawił, na parę ładnych miesięcy zagościł w moim odtwarzaczu i uruchomił we mnie „syndrom zapętlenia”. Dlaczego to właśnie „Never Trust A Happy Song” zasługuje w tym roku na wyróżnienie? Odpowiedź może i mało zaskakująca i wyszukana, ale zgodna z prawdą: ponieważ spełnia kryteria dobrej płyty. Posiada chwytliwe melodie, odważne eksperymenty muzyczne (a odwaga to cecha godna pochwały!), ma też coś błyskotliwego, co skutecznie przyciąga uwagę.
8. Sokół i Marysia Starosta – Czysta brudna prawda
Maciej Blatkiewicz: Najlepszy polski album w kategorii rap. Sokół przypomniał sobie genialny storytelling swojego autorstwa – „Każdego ponad każdym” – wskakując na porównywalny poziom. Prawnuk Stanisława Wyspiańskiego wykłada na stół czystą brudną prawdę, jak zwykle bez ogródek, prostym i dosadnym językiem. I nawet jeśli fantastycznie złożone linijki przeplatają się tu z banałami, to nikt mnie nie przekona do tego, żeby jakikolwiek polski raper przebił w tym roku teksty Sokoła. Nikt. „Czysta Brudna Prawda” to też Marysia Starosta, która – jak się okazuje – znakomicie uzupełnia się ze swoim życiowym partnerem również na płycie. To także wyśmienicie i, co ważne, ciekawie wyprodukowany album, o co zadbali beatmakerzy z całej Europy. W dodatku, materiał kapitalnie brzmi na koncertach. Czego chcieć więcej?
7. The Vaccines – What Did You Expect from The Vaccines?
Aneta Kasprzak: O miłości, sposobach na życie, wspomnieniach i doświadczeniach w tym roku opowiadali Brytyjczycy z The Vaccines. “What Did You Expect from the Vaccines?” zawiera bowiem w sobie całą paletę przemyśleń obleczoną w niejednolitą gitarową oprawę dźwiękową. „Szczepionki” nie tworzą wyszukanych muzycznych tasiemców, wyrzucają z siebie to co im leży na sercu. Album z pozoru przeznaczony dla bogatych miłośników stylu vintage i filozofów kanapowych, zyskał dobrą sławę także wśród przedstawicieli innych półświatków kulturowych. Mnie także oczarował. Chociaż nie jest to płyta z kategorii zupełnie nowych brzmień, to nie jest to także odgrzewany kotlet. The Vaccines dobrze o tym wiedzą, dlatego już w tytule krążka zadają pytania o oczekiwania. Ja się na “What Did You Expect from the Vaccines?” nie zawiodłam i często do niego powracam.
6. Fleet Floxes – Helplessness Blues
Weronika Makowska: Już sam tytuł wskazuje na niezbyt beztroski wydźwięk muzyki zawartej na płycie. Wiele piosenek z albumu „Helplessness blues” mówi o zmęczeniu, bezradności, braku odpowiedzi. Słuchając poszczególnych utworów warto jest się podeprzeć tekstami, ponieważ każdy słowa składają się w maało oczywiste wiersze o codzienności. Jak w piosence „Lorelei”, która opowiada w niebanalny sposób o rozstaniu: „Now I can see how/ We were like dust on the window/ Not much, not a lot.” Z drugiej strony, muzyka Fleet Foxes prześwituje jak nadzieja przez wszystkie ich mroczne wersy.
Tomasz Lewgowd: Nie znam się na brytyjskim indie (bo wcale nie znam się na muzyce, nie wiem co tu robię), ale płyta Kasabian przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchania. I właściwie Velociraptor! Jest pierwszym albumem tegoż zespołu, który spodobał mi się w całości, więc choć ignorant ze mnie, to ośmielę się stwierdzić, że czwarty album w ich karierze najlepszym jest. Nie jest to płyta, która cokolwiek rewolucjonizuje. Nie jest to też album, który wybija się na tle gatunku, przez siebie reprezentowanego. Ale to i tak świetne granie czerpiące momentami pełnymi garści z klasyków rocka i wplatające to w radosne, Kasabianowe brzmienia z dodanymi smyczkami oraz instrumentami dętymi wspólnie nadających albumowi lekkiego klimatu lat pięćdziesiątych. Jest stylowo, jest fajnie. Album zdecydowanie nie nudzi, każdy z jedenastu utworów mógłby być promującym go singlem.
4. Eddie Vedder – Ukulele Songs
Marcelina Siess: Wokalista Pearl Jam’u zarzuca charakterystyczne rockowe brzmienie swojego macierzystego zespołu na rzecz czterostrunowej, hawajskiej gitary i wydaje solową płytę. Sam album jest akustyczny i niezwykle prosty- głos Eddie’go i ukulele, od czasu do czasu nieznacznie urozmaicone innym instrumentem czy chórkami. Ale to właśnie urok tego wydawnictwa tkwi w jego prostocie i archaiczności. Szczególnie polecam dla osób wrażliwych, nieoczekujących od tej płyty dokonań na miarę Pearl Jam’u czy pierwszego solowego wydawnictwa Vedder’a – ścieżki dźwiękowej do filmu ‘Into The Wild’.
Weronika Makowska: Z płyty na płytę Black Keys, z zespołu znanego tylko wybrańcom losu, stali się super grupą grającą na stadionach. Wszystko za sprawą albumu sprzed dwóch lat pt. „Brothers”. Bardzo trudno jest wydać płytę po wielkim sukcesie. Jeśli zespół próbuje coś powtórzyć krytycy uznają, że nie ma pomysłów, a jeśli spróbuje pójść inną drogą, napiszą że muzycy się pogubili. Black Keys postanowili nie patrzeć na innych i grać nadal swoje. Dzięki temu nagrali świetną płytę łączącą elementy blues’a, rock ‘n roll’a oraz dawnego r’n’b.
2. Foster the People – Torches
Aneta Kasprzak: Foster The People to jeden z niewielu tegorocznych debiutantów, który uskutecznił propagandę dobrego popu wśród ludzi słuchających na co dzień zupełnie różnej muzyki. To właśnie „Torches” spośród całej sterty nowych płyt zalewających zewsząd rynek, swoimi przebojowymi kawałkami rozkręcił nie jedną imprezę czy też wypływał radośnie z przenośnych sprzętów grających. Z tego krążka pochodzi także bezkonkurencyjny hymn indie-popowy AD 2011, „Pumped Up Kicks”. Jednakże największą siłą tego albumu jest to, że wspomniany hit nie jest najlepszą piosenką na „Torches”. Wisienek na torcie znaleźć można zdecydowanie więcej. Mieszanie radości i optymizmu z charakterystycznym, nienaturalnym wręcz wokalem oraz spłaszczonymi syntezatorami zasłużyły na wyróżnienie. Bo pop może być fajny, wszystko zależy od tego kto się za niego bierze.
1. Justice – Audio, Video, Disco
Tomasz Lewgowd: Pierwsze miejsce trafia do kochanego przez miliony duetu z Francji, który długo oczekiwanym albumem pozamiatał na parkietach, a także u nas w redakcji (i chcę zapewnić, że nikt nie manipulował naszymi głosami, chociaż za redaktor Anetę nie mogę ręczyć). Zagorzali fani twierdzą, że AVD gorsze jest od Cross, gdyż jest to płyta lżejsza i zdecydowanie łatwiejsza w odbiorze. Dla mnie jest to jednak zdecydowany plus, ponieważ otrzymujemy to co najlepsze z Cross okraszone lekko rockowym klimatem, w ten sposób album dotarł do większego grona odbiorców, co z łatwością da się zaobserwować. A nie stracili przy tym nic z ducha starego Justice. Nie dziwi zatem niegasnąca popularność. Mam więc nadzieję, że ruch fanów Justice w Polsce jest duży i kiedyś będzie dane nam zobaczyć Gasparda i Xaviera na żywo. Bo Audio, Video, Disco to po prostu czysta muzyczna zajebistość.
A może jeszcze jeden?
- The Vaccines – Norgaard (teledysk) The Vaccines uwolnili teledysk do swojego 99-cio sekundowego singla „Norgaard” pochodzacego z idealnej na lato płyty długogrającej „What Did You Expect From The Vaccines?”. Krótko,...


















Artur skomentował o 24 grudnia 2011
5. dla velociraptora w pełni zasłużona ;p